tantany

Nadrabiamy zaległości – powrót do Tajlandii – Udonthani i Nong Khai

Nong Khai

Długo długo nic nie pisaliśmy wiec wracamy z nowymi wiadomościami od nas. Na początek starocie – trudno uwieżrzyć, że już prawie 3 tygodnie minęły odkąd opuściliśmy Laos. Po pobycie w stolicy wróciliśmy do Tajlandii – zobaczyć rajskie południe – jak wszyscy nazywają tę część kraju. Z wyspami, zatoczkami i… masą turystów. Na początek przekroczyliśmy granicę w Nong Khai. Miasteczko nad Mekongiem,całkiem urocze. Zatrzymaliśmy się w hostelu, który… straszył. Autentycznie klimat był jak z horrorów. Laleczki, stare sprzęty, pani na recepcji, która się w ogóle nie odzywała tylko pokazywała kolejne kartki, a do tego kulejący manager, który pokazał się dopiero pod wieczór. Przespaliśmy pierwszą noc i udaliśmy się 100 m dalej do domku bliżej rzeki. Ten okazał się fajny, ale pełen komarów. Nic nie pomogła moskitiera – byliśmy cali pogryzieni. Miasto przyjemne – małe, spokojne – pewnie miłe do życia, mimo że to ostatni krok przed wjazdem do Laosu. W sumie tak rozleniwiliśmy się, że nie zobaczyliśmy nic w mieście oprócz obowiązkowego night marketu i świątyni na promenadzie. Zamiast tego pograliśmy w piłkę i solidnie popracowaliśmy.

Udon Thani

Z miasta wsiadamy w busika i jedziemy do Udon Thani. To kolejne miasto, o którym nasz przewodnik nie mówi zbyt wiele, a w 4 zdaniach raczej zniechęca niż zachęca do zatrzymania się w nim. My jednak mamy 5 dni, które zostały do lotu na południe. Miasto okazuje się naprawdę fajne. Turystów prawie 0. Duży wybór jeżeli chodzi o jedzenie – znajdujemy bufet wegetariański, w którym za 35 batów (ok 4 zł możemy zjeść ryż z 2 dodatkami – nie muszę mówić, że chodzimy tam prawie codziennie). Oprócz tego włóczymy się trochę po mieście, odwiedzamy trochę bardziej nowoczesne świątynie i od czasu do czasu ochładzamy się w galerii handlowej, która jest 100 metrów od naszego hostelu. Idziemy też do fryzjera. Słowem dalej nie robimy nic szczególnego – żyjemy i chłoniemy uroki nieturystycznego miasta. Turystyka pełną parą czeka nas dopiero na wyspach.

W końcu udajemy się na lotnisko. Lot przebiega bardzo spokojnie nie licząc incydentu na bramkach gdzie miły Pan postanawia sobie zachować nasz power bank – bo niestety nie miał informacji o tym jaką ma pojemność. Ponoć takie są przepisy – widzimy jak Pan nie wrzuca powerbanka do pojemnika – odkłada dyskretnie na boczku. Niech mu służy.

A o tajskich rajskich wyspach już w następnym poście…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *