tantany

Żyjemy…. w Azji

Krótko zwięźle i na temat  –  wylądowaliśmy. Żyjemy. Mamy się względnie dobrze (mimo 2 w połowie przespanych nocy w hostelowym pokoju gdzie do 1 w nocy słuchaliśmy koncertu rockowych hitów z restauracji obok).

Plan

Po kolei: w grudniu zdecydowaliśmy się na kolejny eksperyment z gatunku już trochę mniej ekstremalnych – w końcu nie jest to Kolumbia z 13 miesięcznym Aleksem, ale jednak – zdecydowaliśmy, że pakujemy wszystko co mamy, zawozimy do domu mojego Taty i wyjeżdżamy na pół roku do Azji.

Dlaczego?

Azja zawsze była na naszej liście miejsc do zobaczenia. Chcemy wykorzystać ostatnią już może możliwość podróżowania z Aleksem przez dłuższy czas. Już za chwilę przyjdzie szkoła ciężko będzie się wyrwać na pół roku w dłuższą podróż. Nigdy nie widzieliśmy Azji – w układance kontynentów to na pewno brakujący element, który trzeba czym prędzej nadrobić. Poza tym życie w Krakowie jest drogie. Mieszkanie ok 2250, przedszkole ok 700 zł, jedzenie, utrzymanie samochodu – ok 500 zł za samo paliwo. Nie doliczam dodatkowych kosztów, ale wychodzi na to, że żyjąc w Krakowie wydajemy miesięcznie ok 5000-6000 zł. Pomyśleliśmy, że pojedziemy do Azji – padło na Tajlandię, Wietnam, Kambodżę i Laos, które do drogich ponoć nie należą. Jeżeli wydamy w drodze ok 5000 zł to jesteśmy do przodu nie licząc wszystkich pięknych miejsc, które zobaczymy 🙂

Kupiliśmy bilety w jedną stronę do Bangkoku i od 3 dni przyzwyczajamy się do temperatury 30+, jemy pad thai z ulicznych garkuchni, gdzie za 3-4 zł możemy zjeść świetny posiłek (z drugiej strony jak zobaczyliśmy sposób mycia naczyń czy latające szczury obok to trochę, nie powiem, że przestało nam smakować –  ale od razu wyobraziłem sobie błysk w oku Pani z polskiego Sanepidu planującej akcję rozdawania mandatów). Ale po kolei.

Przygotowania

Przygotowania po dwóch podróżach do Ameryki Południowej wydawać by się mogły dużo łatwiejsze. Dużo rzeczy mieliśmy już dogranych – pracę w podróży poznaliśmy dość dobrze, szczepionki mieliśmy zrobione, bagaże i plecaki skompletowane etc etc.

Kiedyś czytałem takie zdanie, które utkwiło mi w pamięci – Nomad na pustyni stara się ograniczyć możliwie ilość posiadanych rzeczy, bo są one problemem – dąży żeby mieć tylko te najpotrzebniejsze, gwarantujące przeżycie. Człowiek zachodniej cywilizacji uwielbia mieć dużo – dużo wszystkiego i niestety przez niecałe 2 lata mieszkania w Krakowie tego wszystkiego uzbierało się nam sporo.

Bohaterem tego etapu była mama Natalii, która pomogła nam spakować wszystkie rzeczy, Marcin, który użyczył swojego samochodu dostawczego żeby pomóc nam w transporcie. Po kursie renault master, jednym kursie toyotą yaris (tata), hondą civic (Jarzyna) i 3 kursami naszą octavią udało się nam przewieźć wszystkie rzeczy. Samochody dopchane pod korek – nie zmieściłaby się nawet mysz (ale Marzena się zmieściła :P).

Lot

Bilety kupiliśmy za ok 1300 zł za osobę. Mieliśmy okazję przetestować rosyjski Aeroflot i polski Lot. Swoją drogą, to co nie udaje się polskiemu i rosyjskiemu rządowi –  współpracującym ze sobą firmom lotniczym idzie już całkiem dobrze. Z Warszawy dolecieliśmy do Moskwy, z Moskwy po godzinie mieliśmy samolot do Bangkoku. W sumie nieco ponad 13 godzin i o 10:40 przywitała nas ciepła ale znośna temperatura. Taksówką udaliśmy się prosto do mekki backpackerów – Khao San Road – ulicy, w której można znaleźć wszystko czego turysta potrzebuje w podróży (piwo, wódkę, jedzenie, hotele i ping pong show). Szczerze mówiąc obserwacja turystów przyprawia mnie o wiele pytań dotyczących dokąd zmierza nasza cywilizacja, ale to temat na kolejne posty.

Bangkok

Bangkok to wielkie miasto. Na razie widzieliśmy jego wycinek, może lepiej nawet powiedzieć wycineczek. Wszystko wygląda inaczej niż w Europie, inaczej niż w Ameryce Południowej. Z jednej strony drapacze chmur, z drugiej ludzie śpiący na ulicy 5 metrów od basenu, w którym kąpią się turyści. Już w pierwszych godzinach widzimy, że będzie ciężko po angielsku. Od hoteli po agencje podróży angielski brzmi… jakoś dziwnie. Dogadać się ciężko mim,o że staramy się mówić prostymi zdaniami. Wczoraj przy rezerwowaniu hotelu tłumaczyłem 10 minut czy możemy przyjść 2 godziny przed oficjalną godziną check-in – efekt? Ok mister ok. Jet lag na szczęście spowodował, że przyszliśmy 3 godziny później niż zaplanowaliśmy. Okazało się, że pani wynajęła nasz pokój już komuś innemu (na szczęście znalazło się coś wolnego i po 20 min sprzątania mieliśmy gdzie spać).

Architektura szczególnie ta buddyjska jest w 100% inna i cieszy oko. Wczoraj widzieliśmy wielkiego ponad 40 metrowego buddę, który nawet na Aleksie zrobił duże wrażenie, byliśmy w Grand Palace (trafiliśmy akurat na przejazd księżniczki Tajlandii – z tej okazji wszyscy musieli na kilka minut usiąść na podłodze aż księżniczka przejechała swoim nowym mercedesem. Wszędzie tłumy ludzi – szczerze to nawet w weekend majowy na Wawelu nie widziałem tylu turystów. Totalne morze ludzi.

Kolejna różnica – brak regularnych cen. Wszystko trzeba negocjować, w niektórych momentach (np. przejażdżka tuktukiem (ok 20 batów 2 zł na polskie) potrafi na początku kosztować  200-250 batów. Podobnie w taksówkach, straganach etc. Negocjacje będą nam pewnie towarzyszyć do końca podróży.

I ostatnia rzecz, która przez te 3 dni rzuciła się nam w oczy – kult Króla. Król, który umarł w październiku ubiegłego roku widoczny jest wszędzie. Na uniwersytecie zobaczyliśmy jego ołtarzyk, na ulicy wielkie bilbordy mówią po tajsku, że żałoba trwać będzie jeszcze rok. Jest wszędzie. Gdy spytaliśmy taksówkarza dlaczego to wszystko odpowiedział poważnie: ludzie w Tajlandii kochają swojego króla.. wydaje się to mocno autentyczne. Przeczytaliśmy, że król był najdłużej urzędującym monarchą na świecie (http://www.tvn24.pl/raporty/krol-tajlandii-nie-zyje,1126).

Na początek tyle.

cdn

 

9 odpowiedzi do artykułu “Żyjemy…. w Azji

  1. Mateusz

    Super, że udało się dotrzeć bez problemów. Fota Aleksa na ławeczce w Lumphini Park super! Czekamy na dalszą relację 🙂

  2. Jarzyna

    Tomek, z Twoją nową fryzurą możesz spokojnie ubrać pomarańczowe wdzianko i robić za mnicha. Później machniesz posta z klasztoru typu: 5 dzień, jeszcze nic nie podejrzewają.

    Z kwestii praktycznych, dajcie znać jak się Tajlandia prezentuje z perspektywy wegetarianina 🙂

    Pozdro!

    1. natalia

      Tomek zastanawia się nnad Twoim pomysłem 🙂 Post o wegetarianizmie na pewno będzie, póki co nie jest źle, mamy co jeść 🙂

  3. Dziadek Jurek

    Jesteście na miejscu.Brakuje Wam smogu krakowskiego.Oglądajcie wszystko co ciekawe a tego jest bez liku.Zdjęcia „prima maczkis” czekamy na więcej.

    1. natalia

      Cześć Dziadek. w Bangkoku też niestety jest smog, ale „przyjemniejszy” o ile smog może być w ogóle przyjemny 😛 Pozdrawiamy serdecznie!

  4. KamiSy

    Tęsknię za Wmi i Tajlandią,cóż wniosek co robić nasuwa się sam…w obecnej syt. Słabo to widzę,ale dziś znalazlam bilety przez Abu Zabi,to by była wyprawa…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *